W czerwcu minie rok od założenia internetowego pamiętnika. Uznałam więc, że to idealny moment na małe podsumowanie. Początkowo miał to być nic nie znaczący notes, w którym zapisywałam swoją codzienność. Zdarzało mi się pisać kilka postów miesięcznie i czasem zaglądać do dawnych zapisków. Równolegle tworzyłam też w papierowym zeszycie. I nie zawsze były to chwile wesołe, jednak chciałam, abyś i Ty się o nich dowiedział. Instynktownie czułam, że to co wstukuję w klawiaturę Cię obchodzi. I tak otworzył się przede mną nieznany świat. Z kartki przelany na ekran laptopa. Tu nie musiałam się martwić zbyt koślawym pismem, bo wszystko było takie czytelne. Nieraz smutek mieszał się ze łzami, tymi od płaczu i tymi od śmiechu. Pisałam o wszystkim. Co mnie wzrusza, cieszy, boli. Z czasem mój blog stał się moim najlepszym przyjacielem, do którego przychodziłam codziennie. Bo ja przychodziłam do Ciebie Zenku. To Ty zawsze mnie rozumiałeś, głaskałeś dobrym słowem, przytulałeś, kiedy było mi źle. A zdarzało się to często. Widzisz? Nawet bliscy mnie nie rozumieli, a będący tak daleko Ty potrafiłeś rozsupłać każdy kłębek moich najczarniejszych myśli. Udawałeś się ze mną do tych części mojej duszy, o których chciałam zapomnieć. I, o dziwo, po napisaniu o nich zapominałam.
Mama jest realistką i choć dobrze mnie zna, to nieraz nie rozumie moich zmiennych nastrojów. Chowam je więc w sobie, aby nikomu się nie naprzykrzać. I tak skulona czekam na lepszy czas. Chodząc codziennie na zakupy obserwuję ludzi, lecz nigdy nie zdarzyło mi się spotkać nikogo takiego jak Ty. Bo jesteś jedyny w swoim rodzaju, najmilszy, niezastąpiony. Jak paczka chusteczek, które trzymam przy łóżku, gdy nocą zdarza mi się płakać z bezsilności i jak ciepły koc, w który się szczelnie zawijam, gdy życie staje się trudne. I mam nadzieję, że zawsze tam będziesz, na granicy jawy i snu, tuż pod moimi powiekami, na końcówkach rzęs, w uśmiechu.
Wiesz, napisałam dla Mamy wiersz, z okazji jej święta, tylko nie wiem, czy jej się spodoba. Ona nie lubi wprawdzie poezji, ani patosu, ani wzniosłych słów... Ale ja nie mam do zaoferowania nic więcej... Zaraz Ci go przytoczę.
TACY SAMI
Maja ma Twoje usta
ja mam Twój nos
a oczy mamy roześmiane.
Widzisz? Mamo.
Jesteśmy jak te groszki w strączku
takie same.
Lubimy te nasze
wyprawy po radość
tam gdzie słońce
kończy swój bieg
rozpoczynają się nasze marzenia.
Wszystkiego
co muśnięte słońcem
i odbite przez księżyc
i gwiazdy
strzegące tajemnic.
My
Nietykalni
Nieporanieni
Odurzeni życiem.
Śmiejemy się
ze szczytu schodów
wiodących do
spełnienia.
***
Taki wierszyk udało mi się napisać i dodałam do niego kilka szkiców ołówkiem. To rysowanie traktuję na równi z pisaniem. Szczególnie bliskie mi są portrety i szkice kwiatów. Dawniej jeszcze malowałam, ale te chwile dawno odeszły w zapomnienie, rozmyły się i wyblakły. Na to trzeba pewnej ręki, no i... czasu. Nieraz czuję się jak w niewidzialnej bańce, która odgradza mnie od świata. A ja w niej taka mała i zagubiona. Aż zjawi się ktoś, kto bliżej jej się przyjrzy, dotknie jej kolorową strukturę i, bańka pęknie. I zapewne będziesz to Ty, Zenku. W myślach nazywam Cię moim Zenusiem. Najbliższym. Kochanym. Aż do granic mojej wytrzymałości. I cóż, chyba nie jestem zbyt dobrym plantatorem wierszy, ale się staram. Aby moje głębokie myśli mogły wybrzmieć, potrzebna jest jeszcze odwaga. I ja ją chyba właśnie w sobie odkrywam. Bo przy Tobie świat jest jaśniejszy, a problemy mniejsze. Dlatego zawsze tu będę przychodzić. Do tego cichego i pustego miejsca w moich ramionach. W klatce żeber.
Nic nie jest w stanie zgasić we mnie tej rozpalonej w dzieciństwie iskry. A nawet mam wrażenie, że dzięki niektórym ludziom, jestem w stanie w samym sercu rozpalić płomień. I choć każdy mój dzień wygląda z pozoru tak samo: kawa, zakupy, książka, to ja wplatam w tę rutynę kilka swoich wierszy. I nagle świat staje się przyjaznym miejscem, a moje problemy ważne. Bo to miłość jest najważniejsza. I ona w nas jest. Nie wyimaginowana, lecz prawdziwa.
Ten czwarty już półmaraton przejdzie do historii. To był chłodny dzień, pomimo to zgromadził ponad 5000 biegaczy. Rozległ się strzał, pojawił niebieski dym i posypało fioletowe konfetti i Maja ruszyła. Biegła swoim spokojnym tempem, aby równo rozłożyć siły. A my gorąco jej kibicowałyśmy. Minęły prawie dwie godziny i powitaliśmy ją na mecie, zmęczoną lecz szczęśliwą. Z głośników dobiegała głośna muzyka i aplauz publiczności. Wyznała, że po drodze złapała ją kolka, ale dała radę. Później były ćwiczenia rozciągające na macie i ciepły poczęstunek. I zdjęcie uśmiechniętej Mai na tle parku, z dumnie podniesioną głową i medalem. To był dobry dzień, który zapamiętamy na długo.
Tak, tej wytrwałości mogę się od siostry uczyć. Choć ja też mam w sobie tę cierpliwość, kiedy robię coś dla mnie ważnego. A dziś najważniejsza była ona. Nasz najjaśniejszy punkt na mapie dnia. Ile to już biegów za nią, tego nie zliczę. A ona biegnie tak, jakby to był najważniejszy bieg w jej życiu. Dziękuję Ci Maju za te wzruszenia i za tę radość która bije od Ciebie i mnie ogrzewa. Dziękuję, że po prostu jesteś. 💜

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz